środa, 21 stycznia 2015

Rozdział 7.

   Riley łypnęła wzrokiem na Ann, masując przy tym bolący tyłek, który ucierpiał lekko przy gwałtownym spotkaniu z ziemią.
- I co durniu? - zwróciła się smutnym głosem do przyjaciółki. - Przez ciebie nas wyrzucił, było się z nim nie kłócić.
- Spadaj. - mruknęła Annabeth. - Słyszałaś, że już go denerwowałam. Sam tak powiedział.
- No to było tak nie gadać.
- Ja mu po prostu jestem wdzięczna...
- Wystarczyłoby podziękować.
- Dziękowałam..
- Ale niepotrzebna była ta cała gadka o tym narażaniu życia. - Riley pouczyła przyjaciółkę, która westchnęła, słysząc te słowa.
- A jak my się teraz dostaniemy do domu, pomyślałaś? - zapytała czarnowłosa, na co Ann rzuciła:
- Przeteleportujemy się.
- Dobrze wiesz, że mi to jeszcze nie idzie zbyt dobrze.
- Ale mi idzie. - Annabeth wywróciła oczami.
- No to rusz się, bo chcę się położyć. Nie mam siły.. Marzy mi się gorąca czek... - urwała, kiedy Annabeth przyłożyła jej dłoń do ust, uciszając ją.
- No co? - zapytała oburzona Riley stłumionym głosem, próbując się odsunąć z zasięgu rąk przyjaciółki.
- Ćsiii.. zamknij się! - szepnęła Ann, wyglądając ostrożnie między spaliżowanymi pędami i patrząc gdzieś dalej. Riley zmarszczyła brwi i podążyła za wzrokiem przyjaciółki. To, co ujrzała, zamurowało ją. W stronę drugiego wejścia chatki, od strony drogi, gdyż one znajdowały się na łące za chatą, sunęła grupka śmierciożerców. Sparaliżował ją strach.
- Annabeth.. ja nie chcę znowu dostać się w ich łapy... - szepnęła panicznie, a Annabeth uciszyła ją karcącym spojrzeniem. Obserwowała ruchy śmierciożerców, ale była zbyt wystraszona, żeby zareagować w jakikolwiek sposób. Z przerażeniem w oczach patrzyła, jak ci źli ludzie wchodzą do chaty, a po chwili słychać jakieś głosy i hałasy. Śmierciożercy nagle biegiem opuścili chatę i w dosłownie ułamku sekundy po ich wyjściu rozległ się wielki huk i chata się zawaliła. Wszędzie unosił sie pył i kurz. Gdy opadł za kilka minut, śmierciożerców już nie było. Annabeth, kaszląc, podniosła się z ziemi, wyszła z kryjówki między pędami rośliny weszła między gruzy chaty. Zaczęła rozglądać się panicznie w poszukiwaniu bruneta.
- Harry..? Harry! Proszę, powiedz, ze nic ci się nie stało... - jej głos był płaczliwy, a oczy szklane. Nagle, wśród zgliszczy, zauważyła czyjąś rękę. Pełna nadziei podbiegła do tego miejsca i padła na kolana. Zaczęła odwalać gruz, a całej scenie przyglądała się z oddali Riley, nadal siedząc na ziemi i zastanawiając się nad zachowaniem swojej przyjaciółki. "Czyżby się zakochała w tym zielonookim, przystojnym brunecie?" - pomyślała, ale zaraz odrzuciła tę myśl. Nie, to niedorzeczne. Annabeth, z reszta podobnie jak i ona, nie zadawała się w ogóle ze swoimi rówieśnikami. Chyba nawet nikogo w ich wieku nie znały. Przyczyna była prosta. Jej matka oraz babcia Annabeth zabraniały im na jakiekolwiek kontakty z obcymi. Były odizolowane. Uczyły się w domu, prawie nigdzie nie wychodziły. A teraz, gdy poznała tego chłopaka, po prostu się zauroczyła. Zgłupiała, od braku towarzystwa równieśników. To nie mogło być zakochanie. "Nie, jeszcze nie teraz." - Riley pokręciła głową. "Zbyt krótko się znają".
   W tym czasie Ann zdołała odrzucić na bok gruz, odsłaniając tym samym ciało Harry'ego. Gwałtownie potrząsnęła głową, odrzucając od siebie myśl, że to jest jego ciało. To musi być ON. To musi być Harry, a nie jego ciało, on na pewno żyje..
   Ze łzami w oczach patrzyła na niego, jak leży wśród zgliszczy, ubrudzony i poraniony, z zamkniętymi oczami i okularami przekrzywionymi, ze zbitym szkiełkiem. Przyłożyła mu dłoń do piersi. Poczuła ogromny przypływ ulgi, kiedy pod palcami poczuła ledwo wyczuwalne uderzenia jego serca. Skupiła się i spróbowała przywołać swoje moce, które odkryła u siebie jeszcze jako siedmiolatka. Znalazła pieska, które pogryzły inne psy. Przyprowadziła go na podwórko, dała jeść i zaczęła pielęgnować, kiedy ujawniły się jej moce uzdrawiające, regenerując rany zwierzęcia. Od tamtej pory używała ich wielokrotnie. I tym razem spróbowała uzdrowić Harry'ego. Po chwili skupienia wokół niej pojawiło się blade światło, a z jej dłoni przytkniętej do serca wypłynęło przyjemne ciepło, rozchodząc się po całym ciele bruneta i likwidując powierzchowne rany. Nagle Harry się poruszył. Uniósł rękę i położył swoją dłoń na jej dłoni, przyciskając ją mocniej do serca. Annabeth z zapartym tchem obserwowała, jak rany chłopaka się goją, a on powoli odzyskuje przytomność. Po chwili otworzył oczy. Patrzył przez chwilę na Annabeth zamglonym wzrokiem, jakby jeszcze był wpółprzytomny, po czym mocno ją przytulił. Tulił ją tak mocno, że aż zabrakło jej tchu, po chwili jednak odsunął się i spojrzał na nią szczerze i z troską.
- Przepraszam.. Ale musiałem was wypędzić... Gdy zauważyłem ich w oddali przez okno... Nie mogłem was zostawić w chatce.. Bałem się, że coś wam się stanie... - zaczął wyjaśniać, ale Annabeth uciszyła go, przykładając mu palec do ust.
- Csiii, Harry... Nic się nie stało... Dziękuję.. Ty.. Uratowałeś nas... - wyszeptała i wpadła mu w ramiona. Brunet objął ją i mocno tulił. Chciał się upewnić, że nic jej nie jest. Chciał poczuć, że jest przy nim. Cała i zdrowa.
- Ekhem. Nie przeszkadzam wam? - nagle obok nich znalazła się Riley. Ann i Harry odsunęli się od siebie zmieszani i spojrzeli na Riley.
- Nie uważacie, że trzeba stąd wiać? - spytała czarnowłosa, a Harry pokiwał głową.
- Tak, musimy opuścić to miejsce.. Riley, może przeteleportujemy się do twojej mamy? Na pewno się ucieszy, że nic ci nie jest.
- O tak, jak najszybciej.
   Zielonooki podniósł się, lecz zaraz potem znów wylądował na stercie gruzu, sycząc z bólu.
- Harry, co ci jest? - spytała zmartwiona Ann.
- Moja noga. Boli. - powiedział, zaciskając zęby. Dotknął prawej nogi nieco powyżej kostki i aż jęknął. - Chyba złamana...
- Nie uleczyłam jej? - zdziwiła się Annabeth. - A-ale jak..?
- Nie wiem.. może twoja moc nie działa na złamania? - spytał brunet, patrząc na nią uważnie. Dziewczyna wpatrywała się w niego z troską.
- Harry, przykro mi, ale nie znam żadnego zaklęcia na złamane kości...
- Ale ja znam. - Riley wywróciła oczami i sięgnęła swoją różdżkę. Rzuciła niewerbalne zaklęcie na nogę Harry'ego, a ta po chwili była już cała i zdrowa.
- Dziękuję ci, Riley. - powiedział chłopak, wstając.
- Nie ma sprawy. Kiedyś się odpłacisz. - mrugnęła i uśmiechnęła się lekko.
- To jak? Wracamy do domu? - zapytała Ann, a Harry złapał ją i Riley za ręce.
- Jasne. To do domu Riley, tak? - spytał, zerkając na Annabeth, a ta pokiwała głową. Harry przeteleportował ich we wskazane miejsce i już po chwili znajdowali się w salonie domu Taylorów.
- Mamo! Mamo, wróciłam! - zawołała Riley i wybiegła z salonu. Annabeth westchnęła i opadła na kanapę. Harry usiadł obok niej.
- Chciałabym i ja mieć dla kogo wracać do domu... - powiedziała cicho smutnym głosem. Brunet nic nie odpowiedział, tylko oparł jej głowę na ramieniu. Zrobiło mu się przykro, było mu żal tej dziewczyny. Czuła się taka samotna i odosobniona, nie miała praktycznie nikogo w tym wielkim świecie... On idealnie potrafił wczuć się w jej sytuację. U Dursley'ów czuł się identycznie.
- Wiem, co czujesz. - powiedział po chwili. Ann przekręciła głowę w jego stronę i spojrzała na niego. Harry, czując jej wzrok na sobie, uniósł delikatnie głowę znad jej ramienia, by również na nią spojrzeć. Wstrzymał oddech, gdy zobaczył, jak jej śliczna twarz znajduje się blisko jego twarzy, a już po chwili zatracił się w jej szarych tęczówkach, które idealnie współgrały z blond włosami. Ich oddechy przyśpieszyły, a z ciał bił niewiarygodny żar. Harry nie mógł się powstrzymać, by nie pogłaskać Ann po policzku. Dziewczynę przeszedł przyjemny dreszcz, kiedy poczuła ciepły dotyk bruneta. Spojrzała mu w oczy i dostrzegła w nich figlarne ogniki. Rozchyliła delikatnie usta, biorąc głęboki wdech, po czym zagryzła wargę. Oplotła mu ręce na szyi, po czym zanurzyła dłoń w jego włosach. Harry objął ją w pasie i przyciągnął bliżej. Po chwili ich twarze dzieliły już zaledwie milimetry, a oddechy mieszały się i łączyły w jeden. Nagle, pchani jakimś dziwnym impulsem, złączyli swoje wargi. Gdy tylko ich usta się zetknęły, poczuli, jakby coś w nich wstąpiło. Pocałunki stały się gwałtowne i namiętne, każde chciało być jak najbliżej drugiego. Harry zszedł z pocałunkami niżej, na szyję Ann, pieszcząc językiem jej wrażliwe miejsca. Blondynka przechyliła głowę do tyłu, a z jej ust wydobył się cichy jęk rozkoszy. Wygięła plecy w łuk, czując te przyjemne pieszczoty na swojej szyi. Odchyliła się w tył, kładąc się na kanapie. Harry pochylił się nad nią, wracając z powrotem do jej ust. Annabeth oplotła go nogami, a ręce włożyła pod jego koszulkę, wodząc dłońmi po jego ciele. Chwila rozkoszy i uniesienia między nimi nie trwała długo, gdyż po chwili Harry oprzytomniał i zaprzestał pocałunków. Odsunął się delikatnie, a Annabeth spojrzała mu w oczy pytająco.
- Ann.. jesteśmy w mieszkaniu twojej ciotki... W każdej chwili ktoś tu może przyjść... - powiedział cicho, głosem zachrypniętym od emocji. Jego wzrok błąkał się od oczu do ust Annabeth i z powrotem. Dziewczyna zabrała nogi, którymi nadal go oplatała, po czym brunet wyprostował się i wstał z kanapy. Ann uniosła się do pozycji siedzącej, obserwując, jak Harry przeciera twarz dłońmi, by wyzbyć się pozostałości emocji, które jeszcze nim targały. Annabeth nie ukrywała, że to, co między nimi zaszło, było dla niej nie lada przeżyciem. Jej klatka piersiowa unosiła się i opadała w szybkim tempie, oczy błyszczały a usta były grzesznie rozchylone.
- Możemy przenieść się do mnie. - powiedziała, przechylając głowę w bok. Harry zerknął na nią. Jego wzrok padł na odsłonięty fragment szyi, który tylko zachęcał, by go pocałować i pieścić. Zielonooki już otworzył usta, by co śodpowiedzieć, kiedy w salonie pojawił się patronus, niosąc dla nich jakże szokujące wieści...

czwartek, 15 stycznia 2015

Rozdział 6.

   Harry już kilka minut kucał obok fotela, na którym siedziała Annabeth i trzymał dziewczynę za rękę. Szeptał jej kojące słowa, byleby tylko nie płakała, nie rozpaczała.. Nie mógł patrzeć, jak cierpi, więc za wszelką cenę chciał ją pocieszyć.
- Proszę, powiedz, że ona żyje... - po jej policzkach nie przestawały lecieć łzy. Harry wytarł je wierzchem dłoni, po czym odpowiedział:
- Żyje. Oddycha.
- Ale kiedy ona się obudzi? - zapytała z płaczem.
- Nie mam pojęcia.. poczekamy jeszcze trochę, a jeśli się nie obudzi, znajdę jakąś pomoc.
   Annabeth nic nie odpowiedziała. Siedziała i patrzyła przez łzy na leżącą na łóżku, nieprzytomną Riley. Dwa następne dni minęły jej bardzo podobnie. Na przemian spała i patrzyła tępo na przyjaciółkę. Nie chciała nic jeść, ciągle tylko płakała. Harry'ego zaczynało to powoli irytować. Nie potrafił jej niczym zająć, pocieszyć, zagadać... Ann nie robiła nic poza spaniem i płaczem. I denerwowaniem go. Trzeciego dnia już nie wytrzymał. Kiedy Annabeth przebudziła się z krótkiej drzemki i znów zaczęła szlochać, sprawiając tym samym, że nie mógł się skupić na czytaniu jakiejś znalezionej w chatce książki, zapytał z irytacją w głosie:
- Czy mogłabyś w końcu przestać płakać i zająć się czymś pożytecznym?
- Co..? - Ann przetarła zaczerwienione i podkrążone oczy.
- Pytałem, czy mogłabyś w końcu przestać płakać i zająć się czymś pożytecznym.
   Annabeth zatkało. Nie wiedziała, co ma odpowiedzieć. W końcu wykrztusiła z siebie tylko jedno krótkie pytanie:
- Czy ja ci w czymś przeszkadzam?
- Ciągle płaczesz i mnie to irytuje. Próbowałem cię pocieszyć, próbowałem cię czymś zająć, ale ty tylko płaczesz i płaczesz. To jej wcale nie pomoże.
- Gdyby twoja przyjaciółka była porwana przez śmierciożerców, a potem była nieprzytomna, to jestem ciekawa, jak byś się zachowywał. - syknęła.
- Na pewno nie płakałabym całymi dniami. Szukałbym sposobu, żeby ją uratować.
- Czyli sugerujesz, że nic nie robię?
- A robisz?
- A co? Może ty robisz?
- A nie? Gdyby nie ja, to Riley nadal byłaby u śmierciożerców.
- Teraz będziesz mi to wypominał? - wstała.
- Nie, Ann, po prostu chcę ci uświadomić, że płacz nic tu nie pomoże.
- W takim razie przepraszam, że ci się narzucałam. Obiecuję, że jak tylko Riley wróci do siebie, obie damy ci spokój i odejdziemy z twojego życia. - ruszyła w stronę drzwi chaty.
- Nie! Ann, stój! - poderwał się. Annabeth chwyciła za klamkę.
- Idę się przewietrzyć. - otworzyła drzwi.
- Nie wolno ci!! Nie wychodź! - Harry pobiegł w jej stronę, lecz było już za późno. Annabeth otworzyła drzwi, a do środka wtargnęły grube, zielone macki jakiejś dzikiej, żywej rośliny. Annabeth krzyknęła przestraszona, kiedy jedna z nich owinęła się wokół jej nadgarstka. Harry podbiegł do niej i odepchnął ją od drzwi. Roślina nie puściła Ann tylko zagłębiła się bardziej do chaty i owinęła drugą mackę wokół talii dziewczyny. Brunet zatrzasnął drzwi, przygniatając tym samym części rośliny, które znalazły się wewnątrz chaty. Po chwili, pod wpływem nacisku drzwi, ruchome macki odpadły od reszty rośliny znajdującej się na zewnątrz. Puściły wystraszoną dziewczynę, która cofnęła się wystraszona i opadła na jeden z foteli, dysząc ciężko. Pędy spadły na podłogę marszcząc się i kurcząc do mniejszych rozmiarów. Harry machnął różdżką, likwidując pozostałości po tej złowieszczej roślinie.
- Nie masz prawa więcej tak robić!! Dookoła tego domu rosną te cholerne rośliny dlatego można się tutaj tylko teleportować!!! Nie wolno wejść ani wyjść stąd drzwiami czy oknem! Nigdy więcej nie rób takich głupot! Mogłaś zginąć! Dociera to do Ciebie..?! - Harry dosłownie wpadł w szał, ale urwał, widząc skuloną w fotelu Annabeth, drżącą i płaczącą ze strachu, nadal przeżywającą to bliskie spotkanie z rośliną. Wpatrywała się teraz w niego wielkimi oczami, nie dość, że przestraszona przez te żądne krwi pędy, to jeszcze zaskoczona jego nagłym wybuchem. Wziął kilka głębokich wdechów.
- Ann.. przepraszam... Nie płacz już. - podszedł do niej by ją przytulić. W ostatniej chwili się zawachał. Co on w ogóle wyprawia? Najpierw się z nią kłóci, później ratuje jej tyłek przed krwiożerczą rośliną, a potem na nią wrzeszczy. I teraz chce ją przytulić? Tak, do cholery, chciał tego. Chciał ją pocieszyć, sprawić, by czuła się bezpieczna. By nie płakała więcej. Przez niego.
   Zbliżył się do niej. Niepewnie pochylił się nad nią i ją przytulił. Annabeth z początku drgnęła nieufnie, ale po chwili odwzajemniła uścisk. Objęła go delikatnie i nieśmiało, twarz wtuliła w zagłębienie na jego szyi. Czuł, jak jej łzy wsiąkają w jego koszulkę oraz spływają mu po szyi. Zacieśnił uścisk.
- Ćsiii... Ann.. nie płacz, proszę... - pogłaskał ja po głowie. Dziewczyna nagle odsunęła się od niego gwałtownie. Spojrzał na nią pytająco. Annabeth wpatrywała się wielkimi oczami w coś za jego plecami.
- Harry.. Poruszyła się! - zawołała. Obejrzał się i domyślił, że chodzi o Riley. Rzeczywiście. Leżała teraz w trochę innej pozycji niż wcześniej, a jej oddech był głębszy.
- Chyba jej się polepszyło. - stwierdził, podchodząc do jej łóżka i siadając na jego brzegu. Annabeth również podeszła do leżącej przyjaciółki i zajęła miejsce po jej drugiej stronie. Ujęła jej dłoń i czekała, aż się obudzi. W jej oczach pojawiły się radosne ogniki, kiedy Riley delikatnie ścisnęła jej dłoń. Chwilę po tym, otworzyła oczy.
- A-annabeth.. Gdzie.. gdzie my jesteśmy? - czarnowłosa zmarszczyła brwi i rozejrzała się po chacie. Jej wzrok padł na Harry'ego. - A to kto?
- Nazywam się Harry. - powiedział brunet, zanim Ann zdażyla cokolwiek powiedzieć.
- Kim jesteś? Nie pamiętam cię... Ann, kogo ty sprowadziłaś? Wiesz, co mówi moja mama i twoja babcia...
- Tak, wiem, ale on nam pomógł...
- To ja może zostawię was same, to sobie wszystko wyjaśnicie. - Harry podniósł się, a Annabeth rzuciła mu pełne wdzięczności spojrzenie. Gdy chłopak opuścił pokój, Ann opowiedziała wszystko przyjaciółce, począwszy od napaści śmierciożerców, poprzez jej zanik pamięci i pomoc Harry'ego, a na jej uratowaniu zakończywszy.
- Coś sobie przypominam... Ale nie pamiętam za bardzo, gdzie mnie trzymali.. i kto tam był. Ale tam było okropnie... Oni.. znęcali się nade mną.. torturowali mnie... - Riley zaczęła płakać. Annabeth nic nie mówiąc przytuliła ją i zaczęła uspokajać.
- Wiesz jaki to był ból..? - zapytała Riley zapłakana.
- Wyobraź sobie, że wiem.. - mruknęła Ann.
- Co..?
- Noo... miałam z nimi jeszcze kilka spotkań.. i oberwałam raz Cruciatusem...
   Przyjaciółki ponownie wpadły sobie w ramiona. Gdy Harry wszedł do środka, zastał je przytulone, obie płakały. Ale tym razem ze szczęścia. Ich buzie się śmiały..
- Proszę. - wręczył im po kubku gorącej herbaty. Przyjęły je z wdzięcznością i zaczęły pić. Harry czuł na sobie wzrok Riley. No tak, był dla niej obca osobą, to dla niej pewnie trochę dziwne... Spojrzał na Annabeth. Była jakaś blada i patrzyła się pustym wzrokiem przed siebie.
- Ann? Wszystko w porządku? - spytał troskliwym wzrokiem, po czym usłyszał ciche prychnięcie Riley.
- Tak, jest dobrze.. - wymamrotała Annabeth.
- Na pewno? Jesteś jakaś blada..
-  Ona tak zawsze. - Riley wywróciła oczami. - Ann po prostu tak wygląda, ma taką cerę.
- Trochę boli mnie głowa.. Ale to nic, zaraz mi przejdzie... - wstała i przeniosła się na fotel. Usadowiła się wygodnie i ziewnęła przeciągle.
- Po prostu potrzebuję się przespać..
   Harry zaczął grzebać w kieszeni. Po chwili wyjął z niej kilka różowych tabletek i wręczył je Ann.
- Proszę. One pomagają na ból głowy. Możesz je połknąć, possać.. Jak wolisz.
   Annabeth uśmiechnęła się lekko i wzięła wszystkie na raz do buzi. Czuła, jak roztapiają się na jej języku, a ból głowy powoli ustępuje.
- Harry..? - odezwała się Riley. - To prawda, co mówiła Ann?
- Yyy.. zależy, co ci mówiła.
- No że tak się dla nas naraziłeś, ryzykowałeś życie...
- Aaa, o to chodzi... - zmieszał się - Nie, wcale nie ryzykowałem.
- Harry... - westchnęła. - Nie gadaj głupot, dobrze wiesz, że to prawda... Już kilka razy narażałeś życie dla mnie i dla Riley..
- Oj, Annabeth, przecież wiesz, że to nic takiego..
- Harry! Jak to nic takiego? - spytała zirytowana Ann.
- No po prostu.. Ja zawsze pomagam swoim przyjaciołom.
- A jeśli byś zginął? Pomyślałeś?
- Nie, nie pomyślałem. -Harry'ego cierpliwość powoli się kończyła. No dobrze, martwiła się o niego, tak samo jak i on o nią, no ale ile można mówić w kółko jedno i to samo?
- Nie wybaczyłabym sobie, gdybyś zginął.. przeze mnie... Nie chciałabym, żebyś znów ryzykował życie...
- Annabeth, przestań, bo już mnie denerwujesz.
- Że co? Czym? - zamrugała zdziwiona.
- Tym swoim gadaniem. Mam już go dość.
- To skoro masz już mnie dość, to może sobie pójdę? - zapytała, podnosząc się z fotela.
- Nie, zostań...
- Riley, podnoś się. - Annabeth zwróciła się do leżącej na łóżku przyjaciółki. Ta patrzyła się to na Ann, to na Harry'ego, nie wiedząc kompletnie, co ma robić. Była słaba, nie miała za bardzo siły, żeby się podnieść, a oni się kłócili i Annabeth chciała wracać...
- Nie, Riley, zostań. - zaprotestował brunet.
- Wstawaj z tego łóżka.
- Nie słuchaj jej, leż.
- Rusz ten tyłek i podnoś się z tego wyra! - warknęła Ann.
- Macie dwie minuty na opuszczenie tego miejsca. - powiedział nagle Harry i zacisnął zęby. Unikał wzroku Annabeth, wpatrując się cały czas w ścianę. Dziewczyna ze łzami w oczach założyła wiszącą na oparciu krzesła bluzę i zaczęła popędzać przyjaciółkę. Riley podniosła się z łóżka i wolnym krokiem, na jaki pozwalało jej samopoczucie, ruszyła w stronę drzwi.
- Riley! - warknęła Ann. - Tamtędy nie wyjdziesz. Chyba że chcesz być pożarta przez wielką, krwiożerczą roślinę.
   Riley spojrzała na nią, nic nie rozumiejąc. Harry natomiast otworzył drzwi i zaklęciem "Petrificus Totalus!" sparaliżował roślinę, po czym złapał obie dziewczyny za ramiona i dosłownie wypchnął na zewnątrz. Dziewczęta aż się przewróciły, wpadając w sparaliżowane pędy, a zielonooki zatrzasnął drzwi.

sobota, 3 stycznia 2015

Rozdział 5.

- Expecto Patronum! - w stronę dementorów z różdżki Harry'ego wyskoczył srebrny jeleń, który sprawił, że dementorzy wycofali się z domu. W salonie została tylko grupa śmierciożerców. TYLKO, albo raczej AŻ. Dementorzy w tym momencie byli najmniejszym zmartwieniem, gorzej z tymi ubranymi w czarne szaty i maski na twarzach poplecznikami Voldemorta. Stali wszyscy z różdżkami w gotowości. Harry i Annabeth również wyjęli swoje, by w każdej chwili mogli się obronić. Ann gdy ich zobaczyła wpadła w jakiś amok. Była w takiej furii, że dosłownie rzuciła się na najbliżej stojącą kobietę w masce, którą, jak się później okazało, była Bellatrix. Annabeth złapała ją za szatę i zaczęła szarpać, krzycząc coś bez ładu i składu, by oddali jej Riley. Wściekła Lestrange odepchnęła Ann, która wylądowała na podłodze.
- Ty smarkulo! Ja cię nauczę kultury! Nie będziesz gówniaro mnie dotykać! Crucio!
   Wszystko działo się tak szybko, że zanim Harry zdążył podbiec do Ann, dziewczyna już wiła się z bólu na podłodze. Brunet nie mógł patrzeć, jak jego nowa przyjaciółka cierpi, jak patrzy pustym, zamglonym wzrokiem gdzieś w przestrzeń i krzyczy z bólu. 
- Zostaw ją, słyszysz?! Daj jej spokój! Wiem, czego chcecie! Pójdę razem z wami, ale najpierw oddajcie Riley i zapomnijcie o Ann!
   Bellatrix zaśmiała się szyderczo. Nie cofnęła zaklęcia, z rozkoszą patrzyła na cierpiącą dziewczynę.
- Chyba sobie kpisz, Potter. Mam ją zostawić? Co by to była za frajda? Najpierw się pobawimy, a później zostawimy dziewuchy w spokoju, a ty pójdziesz z nami. 
- Expelliarmus! - Harry w złości rzucił to zaklęcie na Lestrange, wytrącając jej z ręki różdżkę, która poszybowała przez pokój i wylądowała kilka metrów od właścicielki. Dzięki temu przerwał działanie Cruciatusa. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, chłopak wyczarował tarczę chroniącą jego i jej towarzyszkę, która już teraz powoli dochodziła do siebie po torturującym zaklęciu. 
- Potter! - wrzasnęła wściekła Bellatrix, ale zanim zdążyła coś jeszcze powiedzieć pod jego adresem, uciszył ją jeden z mężczyzn. Lucjusz. 
- Bello.. opanuj emocje, Potter'owi nic się nie może stać. - Malfoy złapał kobietę za nadgarstek. - Pamiętasz, co powiedział Czarny Pan?
- Wszystko dokładnie pamiętam. - syknęłą i wyszarpnęła rękę z uścisku Lucjusza.
- G-gdzie macie Riley..? Oddajcie mi ją... - wymamrotała Annabeth słabym głosem, podnosząc się z podłogi. Zaraz po tym zachwiała się, straciła równowagę i upadła. Usiadła na podłodze i spojrzała zrozpaczonym wzrokiem na śmierciożerców. Usłyszała ich śmiech, a zaraz potem głos Malfoy'a:
- Twoja przyjaciółka jest.. tutaj. - machnął różdżką, po czym w powietrzu ukazała się lewitująca przez czary śmierciożerców Riley. Była związana... i nieprzytomna. Annabeth, widząc przyjaciółkę w takim stanie, wydała z siebie bezradny jęk rozpaczy. 
- Puśćcie ją... proszę... - wyszeptała, ale ludzie w maskach ją zignorowali. 
- Potter! Do nas. - odezwał się Malfoy. Brunet wstał i podszedł bliżej nich.
- Harry, nie! - po policzkach Annabeth poleciały łzy. Lucjusz machnął różdżką i bezwładne ciało Riley opadło na podłogę obok Ann. Dziewczyna ujęła w ramiona nieprzytomną przyjaciółkę i zaczęła się do niej tulić i płakać. Sprawdziła tętno. Riley na szczęście żyła. Ale bya nieprzytomna i Annabeth nie wiedziała, co ma robić. Na dodatek Harry postanowił oddać się śmierciożercom dobrowolnie, bez walki. Nie miała pojęcia, jak uratować całą ich trójkę.
   Ale za to Harry wiedział, co robić. Szybko dobiegł do Ann i Riley. 
- Annabeth, podnoś się! - wykrzyknął, po czym ponownie wyczarował tarczę między nimi a śmierciożercami. Kiedy Ann się podniosła, dźwigając nieprzytomną przyjaciółkę, złapał ją za rękę i przeteleportował ich z pozoru do całkiem bezpiecznego miejsca. 
   Kiedy znaleźli się w małej, zabitej deskami chatce, Harry wziął w ramiona Riley i położył ją na małym łóżku w kącie pomieszczenia. Nie było tu zbyt przyjemnie, nio ale cóż... Lepsza zabita dechami, śmierdząca grzybem i wilgocią chatka niż przytulny dom Ann z bandą śmierciożerców w środku. Przykrył Riley jakimś kocem i zerknął na Annabeth. Ta siedziała w fotelu, z podkulonymi nogami i opierała głowę o kolana. Była cała zapłakana. Podszedł do niej i przytulił ją. Zaczął ją uspokajać. Nie wie, po jakim czasie Ann w końcu przestała płakać. Oboje byli zmęczeni, a jedyne łóżko w chacie zajmowała Riley. Annabeth zasnęła w fotelu, więc brunet okrył ją kocem, a sam rozsiadł się w drugim fotelu i również niedługo zasnął.
   Po jakimś czasie obudził go czyjś szloch. Otworzył oczy i rozejrzał się po pomieszczeniu. Kiedy jego wzrok przyzwyczaił się do ciemności zobaczył, że to mała, drobna postać Annabeth kuli się w drugim fotelu. I płacze. Nie wiedział, jak długo już tak szlocha, ale wiedział jedno. Że musi wstać, przytulić ją i pocieszyć.


poniedziałek, 29 grudnia 2014

Rozdział 4.

   Gdy się obudziła, leżała odwrócona w stronę Harry'ego, który jeszcze spał, a jego ręka spoczywała na jej ciele. Trochę ją przygniatała i krępowała ruchy, ale nie chcąc go obudzić, leżała nieruchomo i cierpliwie czekała, aż sam wstanie. Przez ten czas mogła do woli, bez skrępowania, przyglądać się jego twarzy, jej delikatnym rysom oraz rozczochranym, ciemnym włosom. 
   Do pokoju wpadały jasne promienie słońca, kiedy Harry w końcu otworzył oczy. Przeciągnął się i przebiegł zaspanym wzrokiem po pokoju. Spojrzał na Annabeth leżącą obok niego. Uśmiechnął się lekko.
- Dawno wstałaś?
- Niedawno. - odpowiedziała, podnosząc się z łóżka. - Za jakieś piętnaście minut możesz przyjść do kuchni na śniadanie. - poinformowała go i opuściła pokój. Harry przetarł oczy i założył okulary, które wczorajszego wieczoru położył na małej szafeczce nocnej, stojącej obko łóżka. Wstał z łóżka i nie czekając tych piętnastu minut zszedł na dół do kuchni, wiedziony smacznym zapachem, roznoszącym się już w niemal całym domu. Annabeth robiła tosty. Usiadł do stołu, a za kilka minut pojawił się przed nim talerz pełen smacznych tostów. Naprzeciwko usiadła Ann, ze swoją, znacznie mniejszą porcją. Zjedli w milczeniu. Również gdy dziewczyna sprzątała po śniadaniu, żadne z nich się nie odzywało. Panowała dziwna atmosfera. Żadne z nich nie wiedziało, co ma mówić, co robić.. 
- Chodźmy do salonu.. - zaproponowała Annabeth, po czym oboje przenieśli się do wspomnianego pomieszczenia. Usiedli wygodnie na kanapie. Harry czuł się niezręcznie, Ann zapatrzyła się w jakiś punkt przed sobą. Znowu myślała o Riley. Zastanawiała się, gdzie może być, co się z nią dzieje, czy jeszcze żyje... Ta ostatnia kwestia nie dawała jej spokoju. Gdyby Riley coś się stało... nie wytrzymałaby chyba psychicznie. Albo przeszłaby załamanie nerwowe i utraciła zmysły, albo postanowiłaby zakończyć swoje życie, jakże puste bez tej jedynej, bliskiej jej osobie.
   Nie wiedziała, ile już tak siedzi nieruchomo i wpatruje się pustym wzrokiem w przestrzeń. Kiedy już się ocknęła z zadumy, zauważyła, że Harry drzemie sobie cicho na kanapie obok niej, a na kolanach leży jakaś otwarta książka. Zerknęła na nią. Jedna z tych, które leżały na stoliku obok kanapy. No tak, nie była zbyt rozmowną towarzyszką wiec się nie dziwiła, że Harry z nudów zaczął czytać książkę i najzwyczajniej w świecie zasnął. 
   Z westchnieniem sięgnęła po następną leżącą na stoliku książkę. Zaczęła ją czytać, lecz nie mogła się za bardzo skupić i niektóre zdania musiała niekiedy czytać kilka razy, by zrozumieć jakikolwiek sens. Po kilku stronach męczenia się z rozumieniem tekstu z rezygnacją odłożyła książkę z powrotem na stolik. Harry w tym momencie poruszył się, po czym otworzył oczy.
- Długo spałem..? - zapytał, przeciągając się.
- Nie mam pojęcia.. nie zauważyłam, kiedy zasnąłeś. - odpowiedziała szczerze. 
- No tak, byłaś zbyt zajęta wpatrywaniem się w jeden punkt.
- Myślałam.. o Riley.
-Ciągłe myślenie o niej wcale jej nie pomoże.. Musimy działać.
- A-ale jak?
- Powiedzieli, że oddadzą Riley, kiedy dostaną mnie... - powiedział powoli. - Więc oddam się w ich ręce. - dokończył szybko, z miną, jakby wymyślił jakiś bardzo super hiper fajny plan. Szkoda tylko, że taki nie był.
- Nawet nie ma takiej opcji. - Annabeth ponownie zareagowała gwałtownie na tę propozycję. - Jestem bliska stracenia Riley.. Nie chcę, by stała się jeszcze krzywda tobie... przeze mnie... - spuściła pełen łez wzrok. Harry ujął jej policzki w dłonie i uniósł jej twarz, by na niego spojrzała.
- Annabeth, naprawdę nic mi się nie stanie. - powiedział spokojnie. - Ryzykuję na własne życzenie. Chcę ci pomóc. Już taki właśnie jestem. Że lubię pomagać innym. Nawet jeśli oznaczałoby to dla mnie uszczerbek na zdrowiu bądź śmierć.
- To się chwali, Harry.. Jeszcze nigdy nie spotkałam kogoś tak odważnego i bezinteresownego, jak Ty.. - przytuliła go. Harry objął ją i odwzajemnił uścisk. Dziewczyna po chwili się od niego odsunęła. Ponownie złapała ją melancholia. Podkuliła nogi, objęła je rękoma i oparła brodę o kolana. Przymknęła oczy. Po chwili usłyszała, jak Harry nuci cicho jakąś piosenkę. Uśmiechnęła się lekko, a brunet przerwał melodię.
- Nie przeszkadzaj sobie. - powiedziała z nadal zamkniętymi oczami.
   Harry zrobił głęboki wdech i ponownie zaczął nucić coś pod nosem. 
- Śmiało, nie krępuj się. Śpiewaj.. - Annabeth uśmiechnęła się szerzej, a Harry już po chwili śpiewał głośniej. Ann otworzyła oczy i zobaczyła, że brunet wstał z kanapy i teraz stoi przed nią, z wyciągniętą ręką w niemym geście zaproszenia do tańca, nadal cicho podśpiewując. Z lekkim uśmiechem ujęła jego dłoń i również podniosła się z kanapy. Harry położył dłoń na jej talii, a ją przeszedł delikatny, przyjemny dreszcz. Zignorowała to uczucie i dała się poprowadzić Harry'emu w tym wolnym, spokojnym tańcu do nuconej przez niego piosenki. W pewnym momencie Harry wykonał z Annabeth obrót, po czym objął ją obiema rękoma, a ona oplotła mu palce na szyi. Jej serce zaczęło mocniej bić. Czy to normalne? Czy ona musi tak reagować? A może to po prostu wariuje jej umysł, jej organizm przez to, że tak mało czasu spędzała ze swoimi rówieśnikami. Praktycznie wcale. A może po prostu z powodu wyjazdu babci i jej przedłużającego się powrotu, porwania Riley i ucieczki ciotki brakowało jej kogoś bliskiego? Tak czy siak, potrzebowała bliskości. Tu i teraz. Niezależnie od tego, czy to byłby ktoś z rodziny, przyjaciółka, czy chłopak... Musiała poczuć, że jest z kimś blisko. 
   Nagle odczuła silną ochotę pocałować Harry'ego. Wspięła się na palce i zbliżyła swoją twarz do jego. On również delikatnie się pochylił. Ich twarze dzieliły zaledwie milimetry, Ann czuła oddech bruneta na swojej twarzy. Usta się zetknęły.. To było zaledwie muśnięcie, ale dla obojga było to nie lada przeżycie i bijatyka myśli. Annabeth ganiła się w duchu, że ledwie co zna chłopaka, a już odwala takie rzeczy, choć jednocześnie odczuwała przy tym przyjemność. Ogromną. Harry natomiast.. No właśnie. On również odczuwał w pewnym stopniu przyjemność. Annabeth była taka.. inna. Cicha, spokojna, tajemnicza... I to właśnie to było w niej pociągające. Ta jej cała tajemniczość. Jednocześnie ganił się w myślach, że dopuścił do tego pocałunku, do tego muśnięcia wargami... Że nie odsunął się wcześniej. I że czegoś jej nie powiedział. Odsunął się delikatnie, wziął głęboki wdech i zebrał się na odwagę.
- Annabeth.. my nie możemy... Ja.. ja mam dziewczynę.
   Twarz Ann pozostawała jakby bez wyrazu. Albo się tym wcale nie przejęła, albo po prostu dobrze się maskowała. Zrobiła obrót i ukłoniła się, tym samym kończąc ich taniec. 
- Jak ma imię ta szczęściara? - zapytała po chwili.
- Ginny. - na samo wspomnienie ukochanej na usta Harry'ego wdarł się radosny uśmiech, a spojrzenie stało się rozmarzone. Annabeth podeszła do okna. Wpatrywała się w krajobraz za oknem. Nagle coś przykuło jej uwagę. Szyba wyglądała bardzo dziwnie, jakby była oszroniona. "O tej porze?" - pomyślała. "Przecież mamy późną jesień.. nie ma nawet mrozu". Położyła dłoń na szybie. Była zimna. Spojrzała za okno. Nad domami świeciło słońce.
- Więc co do jasnej.. - mruknęła, przejeżdżając dłonią po szybie. - H-harry... - Annabeth postanowiła powiadomić swojego towarzysza o dziwnym zjawisku. Kiedy brunet znalazł się obok niej, wskazała na szybę, na której nadal spoczywała jej dłoń.
- Spójrz.. szyba.. zaszroniona... - powiedziała szeptem, a chłopak również położył na niej rękę. 
- To dziwne... - mruknął pod nosem. Zmarszczył brwi, co świadczyło o tym, że się nad czymś zastanawia. Annabeth tymczasem poczuła, jak powoli ulatuje z niej radość, nadzieja, chęć życia...
- Wszystko nie ma sensu. - rzuciła beznamiętnym głosem i zabrała dłoń. Harry spojrzał na nią uważnie. - Zostawmy to wszystko w spokoju, mam to gdzieś. Niech każdy radzi sobie sam. - wymamrotała z ponurą miną.
- Annabeth.. co ty wygadujesz? Dobrze się czujesz? - Harry patrzył na nią ze zmarszczonymi brwiami, nie wiedząc, co może być powodem jej nagłej zmiany nastroju. "Ehh te kobiety" - pomyślał, już zwalając winę na hormony, kiedy do środka wsunęły dwa czarne jak mrok, upiorne dementory, a za nimi banda śmierciożerców. 


czwartek, 25 grudnia 2014

Rozdział 3.

   Annabeth siedziała w piwnicy wystraszona i przerażona.  Do oczu napłynęły jej łzy. W tym momencie zemściła Harry'ego jak tylko mogła. Przecież ten idiota może zginąć! I on jej tak każe siedzieć i nic nie robić?! Złapała dłońmi krawędź szafki i spróbowała przesunąć. Niestety ten masywny kredens i słoje za dużo ważyły, by mogła go ot tak przesunąć, stojąc pod nim.
   Zamknęła oczy, a z pod powiek popłynęły jej łzy. Modliła się, żeby temu durniowi nic się nie stało. Nadal słyszała te przeraźliwe odgłosy walki.
   Harry tymczasem bronił się i atakował, jak tylko mógł. W domu zjawiło się trzech śmierciożerców. Jednego udało mu się oszołomić, pozostało mu dwóch. Kiedy zdołał rozbroić jednego i odrzucić go w tył, do środka wpadła jeszcze jedna osoba. Harry skierował ku niej różdżkę, jednocześnie odwracając uwagę od poprzedniego atakującego. Dostał jakimś rzuconym niewerbalnie zaklęciem i upadł na podłogę. Podniósł głowę i ujrzał jakiegoś mężczyznę w czarnym płaszczu i z kapturem na głowie, mocno zakrywającym twarz. Przybysz powalił śmierciożercę jednym zaklęciem, któremu towarzyszył zielony błysk. Harry poderwał się na równe nogi.
- Kim jesteś?! Czego chcesz?! - wykrzyknął, gdy mężczyzna wycelował w kolejnego smierciożercę, mordując go Avadą Kedavrą.
- Zamknij się Potter, ratuję Ci skórę. - usłyszał głos... Snape'a!
- Co... Przecież ty... to znaczy pan... to śmierciożercy... a pan ich zabił...
   Snape rzucił śmiertelne zaklęcie na ostatniego ze śmierciożerców.
- Zabiłem ich, bo oni chcieli zabić ciebie. - odpowiedział Snape chłodnym głosem. - I twoją koleżankę. Sam to byś sobie chyba Potter nie poradził.
   Severus związał wszystkie trzy ciała razem i uniósł je do góry zaklęciem lewitującym.
- Ale.. skąd pan wiedział..
- Nieważne, skąd wiedziałem i dlaczego to zrobiłem, jasne? - głos Snape'a gwałtownie się zmienił. - Posprzątaj to Potter, a ja pozbędę się tych ciał. Dziewczyna ma być cała i zdrowa, rozumiesz?! - syknął ze złością i opuścił dom, zostawiając Harry'ego samego i zdezorientowanego.
   Nie zważając na bolące mięśnie i rany na ciele, otworzył drzwi komórki. Odsunął kredens, ułatwiając Annabeth wyjście z piwnicy. Wyciągnął w jej stronę dłoń, aby jej pomóc, lecz ona zignorowała to i poradziła sobie sama. Stanęła przed nim, wściekła, kipiąca ze złości. Niewiele myślać zaczęła okładać go pięściami po piersi, krzycząc na niego.
- Jak mogłeś zostawić mnie tam samą?! Ty chciałeś, żebym ja się nerwowo wykończyła?! Ty wiesz, co ja przeżywałam?! Mogłeś zginąć! Przeze mnie! Ty jesteś  nienormalny! Tak się narażać..?!
   Harry złapał ją za nadgarstki, uniemożliwiając jej okładanie go pięściami. Annabeth jeszcze chwilę się szarpała, krzycząc na niego, po chwili ucichła, przestała się wyrywać i zaczęła szlochać. Kiedy Harry już był pewien, że minęła jej chęć bicia go, puścił jej nadgarstki i przytulił ją mocno. Wtuliła się w niego.
- Mogłeś zginąć... - wyszeptała.
- Nic mi nie jest. - pogłaskał ją po głowie. Stali tak chwilę w bezruchu, kiedy Annabeth się od niego odsunęła, już uspokojona i opanowana.
- Jesteś ranny... - delikatnie dotknęła jego twarzy, w miejscu gdzie jego łuk brwiowy był rozcięty, a z rany leciała krew. Oprócz tego miał rozciętą wargę i oraz duże rozcięcie na przedramieniu.
- To nic takiego..
- Idź do salonu, ja zaraz przyjdę. - powiedziała, wychodząc z komórki. - Rany, ale syf! - zawołała, widząc bałagan, jaki powstał podczas pojedynku.
- Zaraz to posprzątam.  - Harry wyszedł za nią, machnął różdżką i po chwili w korytarzu panował porządek, a wszystkie uszkodzone bądź zniszczone rzeczy wróciły do stanu używalności. Annabeth skierowała swoje kroki na górę, a on wszedł do salonu. Po chwili usłyszał dobiegające z góry przekleństwo. Pobiegł za Annabeth i znalazł ją w łazience. Stała przed lustrem i wpatrywała się w swoje odbicie.
- Co się stało? - zapytał Harry rozglądając się po pomieszczeniu w poszukiwaniu czegoś, co mogło wywołać u Annabeth okrzyk przekleństwa, ale nic takiego nie znalazł.
- Zobacz, jak ja wyglądam! - zapiszczała, grzebiąc w kosmetyczce. Spojrzał na nią uważnie. Miała lekko roztrzepane włosy i rozmazany od płaczu makijaż. Ale nie wyglądała źle. Wyglądała... uroczo.
- Przecież jest dobrze. - zaśmiał się.
- Nie jest dobrze, jest tragicznie. - powiedziała, myjąc twarz.
- To nie jest powód, żeby mnie straszyć.
- Co?
- Przestraszyłaś mnie. Myślałem, że ci się coś stało.
- Stało się. Pokazałam się komuś cała rozmazana i roztrzepana. - powiedziała, wycierając twarz. Sięgnęła po szczotkę i zaczęła rozczesywać swoje włosy. Uśmiechnął się pod nosem i wrócił do salonu. Po kilku minutach wróciła Annabeth. Włosy pozostawiła rozpuszczone, postawiła na delikatny, subtelny i prawie niewidoczny makijaż. W ręku trzymała apteczkę.
- Siadaj obok i się nie ruszaj. - powiedziała, siadając na kanapie. Zajął miejsce obok niej.
- Dobrze, pani doktor. - uśmiechnął się i zasyczał, kiedy dotknęła jego rozciętej wargi wacikiem namoczonym spirytusem.
- Csiii, nie ruszaj się. - upomniała go i powróciła do przeczyszczania ran. On w tym czasie miał okazję do woli się w nią wpatrywać bez żadnych uwag czy komentarzy z jej strony.
   Po twarzy przyszła kolej na rękę. Ta rana bolała najbardziej, ale brunet dzielnie wytrzymał i pozwolił, by Annabeth zdezynfekowała rozcięcie oraz założyła opatrunek. Kiedy było już o wszystkim, dziewczyna odniosła apteczkę z powrotem do łazienki. Po chwili wróciła.
- Chcesz coś do picia? Kawy, herbaty.. wina?
- Herbaty.
   Annabeth poszła do kuchni, po czym po kilku minutach wróciła, niosąc dwa kubki z ciepłym, parującym płynem. Podała jeden Harry'emu, po czym usiadła na kanapie. Siedzieli chwilę w milczeniu, rozkoszując się ciepłą herbatą, kiedy Annabeth się odezwała:
- Nie rób tak więcej.
- Jak? - Harry spojrzał na nią, nie wiedząc, o co chodzi.
- Nie narażaj. Nie ryzykuj życia. Dla mnie i dla Riley. Nawet nas nie znasz, a ryzykujesz swoje życie, żeby mi się nic nie stało i żeby uratować Riley.
- Ale ja CHCĘ ci pomóc. Może i cię nie znam, ale zdążyłem Cię polubić. Nie chcę, żeby ci się coś stało...
- Nie. Nie życzę sobie, żeby ktokolwiek narażał dla mnie życie.
- Wiesz, że ja i tak zrobię, co będę chciał.
- Ale ty jesteś uparty.
- Nie jestem uparty, tylko się o ciebie martwię.
- Niepotrzebnie. Nie chcę być dla nikogo ciężarem.
- Nie jesteś.. I skończmy już ten temat, bo nie mam zamiaru ci tłumaczyć, że czy tego chcesz, czy nie, ja i tak ci pomogę. - powiedział stanowczo i odwrócił wzrok, kończąc temat. Annabeth z westchnieniem odstawiła kubek na ławę i poszła do kuchni. Po kilkunastu minutach wróciła z talerzem pełnym kanapek.
- Smacznego. - uśmiechnęła się, stawiając kolację na ławie. Harry uśmiechnął się i zabrał do jedzenia. Anna poszła w jego ślady i już po chwili talerz był pusty.
- Zmęczony jestem...
- Chcesz się zdrzemnąć? - pyta szybko.
- Jeśli nie masz nic przeciwko. - mówiąc to, Harry rozłożył się na kanapie.
- O nie nie nie nie nie. - zaprotestowała. Podeszła i złapała go za rękę. - Wstawaj. Kładziesz się na łóżku.
- Nie trzeba, prześpię się na kanapie.
- Chodź. Bez żadnego gadania.
   Harry z westchnieniem wstał i ruszył za Annabeth. Wiedział, że nie ma co protestować, bo ona i tak postawi na swoim, a jeśli nie, to po prostu nie da mu zasnąć na tej kanapie. Blondynka zaprowadziła go do swojego pokoju i kazała mu się położyć na swoim łóżku.
- A ty?
- Ja się prześpię na kanapie.
- Przecież mówiłem, że ja mogę spać na kanapie, a ty się położył tutaj.
- Nie! Jesteś moim gościem, więc śpisz tu. Chyba, że wolisz łóżko mojej babci.
- Dobra, to ja się prześpię tu... Ale ty śpisz ze mną. Nie będziesz spała na kanapie.
   Annabeth rozmyślała chwilę, ale w końcu podeszła do łóżka.
- Ja śpię od ściany. - powiedziała i wgrzebała się pod kołdrę na swoją miejscówkę. Harry uśmiechnął się lekko i położył się z brzega.
- Dobrej nocy. - uśmiechnął się do niej, po czym odkręcił się tyłem i niemal natychmiast zasnął. Annabeth natomiast jeszcze długo leżała, rozmyślając nad tym, gdzie teraz może podziewać się Riley, jak ją uratować i jakie ma szczęście, że spotkała na swojej drodze kogoś takiego jak Harry,


sobota, 20 grudnia 2014

Rozdział 2.




   Annabeth drżąca opadła na podłogę. Usiadła po turecku i schowała twarz w dłoniach. Ręce jej się trzęsły, a oddech był szybki i urywany. Harry uklęknął obok niej i przytulił ją. 

- Ciii... Spokojnie.. Już jesteś bezpieczna. - zaczął ją uspokajać, a ona wtuliła się w niego drobna, krucha i bezbronna. Chciał jej pomóc, chciał się nią zaopiekować. Nie mógł pozwolić, by była nieszczęśliwa, by się bała...
- Annabeth..? W porządku?
- T-tak... - odsunęła się od niego. Zerknął na nią. Siedziała, bawiąc się krańcem swojej bluzki na krótki rękaw. Zauważył na jej rękach gęsią skórkę. Zdjął bluzę i okrył jej ramiona. Wstał i podszedł do kominka. Gdy stawiał kroki, w powietrze unosiły się kłęby kurzu, nikt nie przebywał w tym domu już od bardzo długiego czasu. Szczerze, to nie było zbyt bezpieczne miejsce. Bardzo łatwo można było ich tam znaleźć. Stary, opuszczony dom na ulicy Privet Drive, znajdujący się niedaleko posiadłości Dursley'ów. Ale nie mógł wymyślić nic lepszego. Nie w tej chwili. 
- Incendio! - machnął różdżką i w kominku wybuch ciepły płomień. - Annabeth, usiądź bliżej ognia, będzie ci cieplej.
   Dziewczyna podniosła się z podłogi i otrzepała kurz z ubrań. Zajęła wskazany przez Harry'ego fotel przy kominku i podkuliła nogi. Obięła je rękoma i oparła głowę o kolana. Harry zajął miejsce na kanapie. Spojrzał na Annabeth. Siedziała w bezruchu, zapatrzona w ogień. Nagle rozległo się pukanie w szybę. Annabeth drgnęła przestraszona i rozejrzała się panicznie po pokoju. Harry od razu rozpoznał ten dźwięk. Szybko znalazł się przy oknie i otworzył je, wpuszczając do środka śnieżnobiałą sowę. 
- Hedwiga! - zawołał radosnym głosem. Annabeth patrzyła na całą tę scenę szeroko otwartymi oczami. Przestraszyła się ptaka. Nastraszyła ją zwykła sowa! "Nie bądź taka tchórzliwa!" - skarciła się w duchu, wstając z fotela. Podeszła do stojącego przy parapecie chłopaka, który głaskał śnieżnobiałą sowę.
- Co to za ptak? = zapytała, przyglądając mu się uważnie. 
- To Hedwiga. Moja sowa. - w głosie Harry'ego wyczuć można było radość ze spotkania z pupilem. 
- M-mogę ją pogłaskać? - zapytała nieśmiało.
- No jasne. - uśmiechnął się i odsunął od sowy, robiąc Annabeth miejsce. Dziewczyna podeszła bliżej ptaka i niepewnie wyciągneła w jego stronę dłoń. 
- Śmialo. Nie bój się, nic ci nie zrobi. - odezwał się Harry, widząc jej wachanie. Annabeth dotknęła delikatnie śnieżnych piór na grzbiecie Hedwigi. Ptak przysunął się przyjaźnie, a ona zaczęła go głaskać.
- Hej maleńka. - powiedziała z uśmiechem do sowy. - Wystraszyłaś mnie, wiesz?
   Hedwiga dziabnęła ją delikatnie w geście przyjaźni w palec. Annabeth cofnęła szybko rękę, przestraszona. Po chwili jednak zasmiała się i wróciła do głaskania sowy. 
- Nie strasz mnie już więcej. 
- Hedwiga lubi tak od czasu do czasu dziabnąć kogoś w palec. - Harry lekko się uśmiechnął. - W ten sposób pokazuje, jak bardzo cię lubi.
   Annabeth uśmiechnęła się. 
- Jest słodka.
- Tak, wiem. - odpowiedział z uśmiechem. - Ale nie może tutaj zostać. My również. Musimy stąd niedługo uciec. - mówiąc to, otwierał okno. Wypuścił Hedwigę, rzekłszy jej wcześniej. - Leć do Rona. On się tobą zaopiekuje. 
- Kto to Ron?
- Mój przyjaciel. Poznałem go w Hogwarcie. A właśnie.. Ty nie chodzisz do Hogwartu, prawda? Nigdy cię tam nie widziałem, a na pewno bym pamiętał, gdybym cię zauważył.
- Nie.. - pokręciła głową.
- To gdzie się uczysz?
- W domu.. - odpowiedziała cicho.
- Jak to, w domu?
- Uczy mnie babcia. Kiedy dostałam list do Hogwartu, kazała mi o tym zapomnieć. Powiedziała, że nawet nie ma mowy, żebym tam pojechała. Napisała list do Dumbledora, po czym on zjawił się u nas w domu. Odbyli jakąś tajną rozmowę, przy której nie pozwolili mi być. Później dowiedziałam się, że Dumbledore pozwolił mojej babci uczyć mnie samodzielnie, ale pod jednym warunkiem. Że od czasu do czasu przyjeżdżają do mnie nauczyciele z Hogwartu, by sprawdzić moją wiedzę z poszczególnych przedmiotów. - zakończyła swoją opowieść. 
- Szkoda, że nie uczysz się w Hogwarcie. Tam jest fajnie. Naprawdę. 
- Też żałuję. Babcia trzyma mnie w domu jak w klatce. Nie pozwala mi nigdzie wychodzić ani z nikim się zadawać.. - oczy Annabeth wyrażały cierpienie.
- Współczuję ci... Ja jestem w podobnej sytuacji. Nie zadaję się z nikim ale nie dlatego, że mi ktoś zabrania, tylko dlatego, że oni nie chcą.
- Co? Dlaczego?
- Mój kuzyn, Dudley nastawia ich przeciwko mnie.. Ale nie rozmawiajmy o tym. Lepiej pomyślmy, gdzie możemy się przenieść. 
- Moglibyśmy przetransportować się do mojego domu.. mojej babci nie ma od kilku tygodni, wyjechała gdzieś do rodziny, nie mam pojecia, kiedy wróci. I czy w ogóle wróci. - westchnęła. 
- Dobrze. Możemy przetransportować się dlo ciebie. - złapał ją za rękę, a ona dokonała teleportacji. 
   Wylądowali w jej pokoju. Był mały i ładnie, ale skromnie urządzony. Panował tu porządek. Miał kremowe ściany oraz brązowe meble. Na przeciwko drzwi stało łóżko zasłane i przykryte waniliową kapą. Na środku pokoju leżał kremowy, włochaty dywan. W drugim kącie pokoju, obok łóżka stała duża, stara, ale pięknie wyglądająca szafa, a obok niej lustro. Przy przeciwległej ścianie, w kącie pokoju stało biurko o raz duży regał z książkami.
- Fajnie tu. - brunet rozejrzał się.
- Dziękuję. Babcia bardzo protestowała, ale w kwestii pokoju postawiłam na swoim i urządziłam go tak, jak chciałam. Nigdy tu nie wchodzi. Nie podoba jej się. Twierdzi, że jest za jasno. - Annabeth usiadła na łóżku.
   Harry podszedł do półki na książki i przebiegł wzrokiem po tytułach. Nie zauważył żadnej o tematyce magicznej. To były raczej jakieś powieści czy opowiadania.
- Lubisz czytać? - zapytał, odrywając wzrok od książek i zerkając na Annabeth. Ta tylko pokiwała głową. 
- Może chcesz herbaty? - zapytała, a Harry z ochotą przytaknął. Chętnie napiłby się teraz jakiegoś ciepłego napoju.
   Dziewczyna wstała i wyszła z pokoju. Harry zaczął przeglądać stojące na półce książki i wertować ich strony, podczas gdy Annabeth była w kuchni i robiła herbatę. Nagle usłyszał cichy huk. Odłożył trzymaną właśnie w rękach książkę na półkę i zbiegł na dół. Znalazł kuchnię, a w niej Annabeth zbierającą kawałki szkła. 
- Co się stało? Daj, pomogę ci.. - chłopak schylił się, by zebrać odłamki. 
- Nie, nie trzeba.. Szklanka wyślizgnęła mi się z rąk. - powiedziała Annabeth. Harry przyjrzał jej się uważnie. Była blada, a jej dłonie drżały. 
- Na pewno wszystko w porządku? - zapytał, chcąc się upewnić. 
- Tak. Idź do salonu, ja zaraz przyniosę herbatę. - powiedziała, kończąc zbierać resztki szklanki. Harry z ociąganiem podniósł się z klęczek i znalazł pomieszczenie, które według niego najbardziej pasowało na salon. Panował tu półmrok, salon był całkowitym przeciwieństwem pokoju Annabeth. Wszystkie meble były ciemnobrązowe, ściany w głębokim odcieni zieleni. Rozejrzał się. Znalazł kominek i tu też rozpalił ogień. Usiadł na kanapie i czekał na Annabeth, która przyszła po kilku minutach. 
- Proszę. - powiedziała, podając mu kubek ciepłej herbaty. Harry przyjął go z wdzięcznością i oplutł go dłońmi, rozkoszując się jego ciepłem. Annabeth zajęła miejsce obok niego na kanapie i również rozkoszowała się ciepłym płynem. Jednak wyglądała jakoś dziwnie. Coś ją wyraźnie gnębiło. 
- Annabeth.. Możesz mi powiedzieć, co się dzieje? O co chodzi?
- Harry... J-jak byłam w kuchni.. oni przysłali patronusa. Powiedzieli, że oddadzą Riley, jeśli... jeśli wydam im ciebie. - powiedziała drżącym głosem, a w jej oczach pojawiły się łzy. 
- Nie ma problemu. Jeżeli to pomoże ci odzyskać przyjaciółkę, pójdę do nich dobrowolnie. - Harry przyjął tą wiadomość ze spokojem.
- A-ale ja nie chcę... Nie chcę, żeby ci się coś stało. 
- Nic mi nie będzie. Ucieknę im. Dam sobie radę. - powiedział Harry stanowczo, choć w głęb i duszy nie był tego aż taki pewien. Zabiorą go do Voldemorta, a stamtąd będzie ciężko uciec. Będzie wiele zabezpieczeń, zaklęć ochronnych... Ale da radę. Musi pomóc Annabeth. 
- Nie. Musimy znaleźć inne wyjście. Nie oddam cię im.  - powiedziała i przytuliła go. 
- Dobrze.. znajdziemy inny sposób na uwolnienie Riley. - odwzajemnił uścisk.
- Musimy się schować.. Oni zaraz tu będą. - Annabeth po chwili się od niego odsunęła. Wstała z kanapy i zaczęła szukać jakiejś kryjówki. - Już wiem! Chodź!
   Dziewczyna wybiegła z salonu. Brunet ruszył za nią. Skierowali swoje kroki do komórki pod schodami. 
- Mamy się tu schować? - zapytał Harry. Przecież wejście do komórki znajdowało się zaraz na przeciwko drzwi wejściowych...
- Pomóż mi odsunąć tą szafkę. - wskazała na ciężki, masywny kredens, na którym stały jakieś słoje i butelki. Chłopak domyślił się, że są to składniki to sporządzania eliksirów. Razem z Annabeth przesunął szafkę, a ich oczom ukazał się otwór w podłodze prowadzący do piwnicy.
- Wchodź. 
- Nie, ty wejdź pierwsza. - rzekł Harry. Annabeth chwilkę się zawachała, ale weszła do środka. Harry szybko przesunął kredens, zostawiając tylko małą szparę, przez którą wyjrzała zdenerwowana Annabeth.
- Harry! Co ty odwalasz?! Właź do środka! - powiedziała ze złością.
- Siedź tu cicho i nie wychodź. - odpowiedział tylko i wyszedł z komórki, zostawiając Annabeth samą, zdenerwowaną, przestraszoną i martwiącą się o tego upartego chłopaka. Chwilę po tym, jak wyszedł z małego pomieszczenia w domu rozległ się huk, po czym do dziewczyny dobiegły rzucane zaklęcia i odgłosy walki.



wtorek, 16 grudnia 2014

Rozdział 1

Znaleźli się w jakimś pomieszczeniu. W środku panował półmrok, gdyż dostęp światła blokowały zaciągnięte ciężkie, grube, ciemnozielone zasłony. Meble były wykonane z ciemnego drewna. Obok kominka stały dwa duże, czarne fotele.
- Gdzie jesteśmy? - zapytał Harry, rozglądając się po pomieszczeniu.
- W domu Riley.
- A tak w ogóle, to kim jest Riley? - chłopak zmarszczył brwi.
- To moja najlepsza..  i jedyna przyjaciółka... - oczy Annabeth zaszły łzami, gdy wspomniała o zaginionej dziewczynie. Harry milczał. Obserwował, jak Anna podchodzi do drzwi i wychylając się, woła:
- Ciociu?! Ciociu, jesteś?! 
- Ciociu? - zdziwił się brunet. - Riley jest twoją siostrą?
- Nie.. jej mama jest bardzo bliską znajomą mojej rodziny. I dlatego mówię na nią "ciociu". - wyjaśniła. 
   Po chwili w domu rozbrzmiały czyjeś kroki. Ktoś schodził po schodach. A raczej zbiegał.
- Ciociu, to ty..? - zapytała Annabeth, ponownie wychylając się na korytarz. Nagle do środka wpadła jakaś kobieta, o mało co nie przewracając dziewczyny stojącej w drzwiach. Miała na sobie ciemną, kilkuwarstwową, poszarpaną na brzegach spódnicę. Do tego miała czarną, opinającą bluzkę na długi rękaw. Jej włosy były kręcone, okalały w nieładzie całą jej głowę. Ta kobieta sprawiała wrażenie... obłąkanej.
- Annabeth, kochanie, nic ci nie jest? - zapytała, podchodząc do niej i przytulając ją mocno.
- Mi nie, ale.. Riley.. oni ją mają... - po policzkach Anny spłynęły łzy. - Przykro mi ciociu.. ale było ich więcej... Nie dałyśmy rady..
- Nie płacz dziecko... Usiądź. - wskazała na kanapę. Jej wzrok padł na Harry'ego.
- Annabeth, a kim jest ten chłopak?
- To jest.. - zaczęła, lecz Harry jej przerwał:
- Pani wybaczy, że się nie przedstawiłem. Nazywam się Harry. Harry Potter. 
- Miło mi cię poznać.. Harry. Annabeth. - odwróciła się w stronę dziewczyny - Kto to jest i skąd go znasz? - zapytała. W tym momencie sprawiała wrażenie zaborczej i chcącej we wszystkim kontrolować Annabeth.
- Ciociu, Harry mi pomógł... Gdyby nie on, szwędałabym się dalej po Londynie, nie wiedząc nawet, kim jestem, bo te dranie wyczyścili mi pamięć!
- Nie krzycz!
   Annabeth ucichła. Spojrzała na ciotkę. 
- Nie waż się podnosić na mnie głosu! To po pierwsze. A po drugie: co ja ci mówiłam na temat nieznajomych?! - kobieta złapała dziewczynę za nadgarstek, mocno zaciskając palce. - Nie możesz rozmawiać z obcymi, a tym bardziej przyprowadzać ich do domu!
   Ciocia Anny wyglądała, jakby wpadła w szał. Zaciskała mocno palce na ręku dziewczyny, jej oczy błyszczały i krzyczała na kulącą się na kanapie dziewczynę. Harry nie mógł dłużej tak siedzieć. Musiał zareagować.
- Niech pani ją puści!
   Kobieta odwróciła się w jego stronę, ale nadal trzymała Annabeth za nadgarstek. 
- Kim jesteś, żeby mi rozkazywać?! Mam opiekę nad Annabeth i ja jej mówię, co ma robić!w
   W tym momencie w domu rozległ się huk. W środku pojawiło się kilka ubranych na czarno postaci w maskach na twarzach. Śmierciożercy.
   Ciocia Annabeth gwałtowanie odwróciła się w ich stronę. Jej mina diametralnie się zmieniła. Z apodyktycznej ciotki stała się wylęknioną kobietą, która zadarła nie z tymi, co potrzeba.
- No proszę... zadłużona, jej siostrzenica i pan Potter. Co za miłe spotkanie. - wycedził jeden ze śmierciożerców.
- Gdzie jest moja córka? Oddajcie mi córkę... - powiedziała mama Riley zrozpaczonym głosem.
- Twoja córka jest cała i zdrowa... jeszcze. - zakpiła jedna z kobiet w masce.
- Oddajcie mi ją.. Cz-czego wy chcecie..?
- Dobrze wiesz, czego! - wykrzyknął śmierciożerca. - Masz oddać dług, a jak nie, to pożegnaj się z córką.. i jej przyjaciółką. - mężczyzna o chłodnym głosie wyciągnął różdżkę i wycelował nią w Annabeth. 
 - Crucio!
 - Protego! - tarcza wyczarowana przez Harry'ego ochroniła Annabeth przed tym okrutnym zaklęciem rzuconym przez śmierciożercę.
 - Zostaw ją Malfoy!
 - Potter! Nie wtrącaj się, Tobą zajmiemy się za chwilę... Crucio!
    Harry poczuł, jakby miliony małych igieł wbijały się w jego ciało. Zacisnął mocno zęby, byleby nie krzyczeć, nie dać im tej satysfakcji. Syknął jedynie z bólu, wijąc się na podłodze. Zamknął oczy.
 - Harry! - Annabeth upadła na kolana obok niego. Położyła mu jedną dłoń na czole, a drugą na sercu. - Harry, proszę.... - szeptała gorączkowo, mocno się skupiając. Nagle spod jej dłoni wypłynęło blade światło, stopniowo łagodząc i usuwając ból Harry'ego. Śmierciożercy obserwowali całe zajście, z początku rozkoszując się widokiem cierpiącego chłopaka, a potem zszokowani mocą Annabeth.
 - Lucjuszu! - syknęła kobieta o brązowych, poskręcanych włosach. - Ona ma niezwykłą moc... Może się przydać Czarnemu Panu!
 - Myślę, że może Mu się spodobać... - rzekł mężczyzna, wpatrując się w młodą uzdrowicielkę. Harry podniósł się z podłogi.
 - Nie macie prawa jej tknąć!
 - Bo co nam zrobisz, Potter? Poskarżysz się Dumbledore'owi? - śmierciożerca zaśmiał się szyderczo.
 - Uciekła! Ta cwaniara uciekła! - krzyknęła któraś z kobiet w masce.
 - Bellatrix! - Malfoy zwrócił się do niej. - Jak jej pilnowałaś?!
 - Ja?! A ty to co?! Też mogłeś jej przypilnować!
    Korzystając z zamieszania Harry zaczął rzucać zaklęciami w śmierciożerców. Dwóh trafił Drętwotą, jednego zaklęciem Sectumsempra, a innego rozbroił. Annabeth, widząc to, również sięgnęła różdżkę i sparaliżowała śmierciożercę zaklęciem Petryficus Totalus. Na kolejnego rzuciła Expelliarmus, gdy nagle oberwała Cruciatusem od nieuszkodliwionej jeszcze Bellatrix. Dziewczyna upadła z okrzykiem bólu na podłogę. Harry odepchnął Bellatrix zaklęciem, przez co Cruciatus został przerwany. Zanim kobieta zdążyła się podnieść, Harry złapał Annabeth, podniósł ją i przeteleportował do, wydawać by się mogło że bezpieczniejszego miejsca.